klugg blog
Nowy, ulepszony smak.

a już miała być notka

Ale się przeglądarka wysypała z gorąca.
Nie chce mi się pisać od nowa.
Faken :/

by klugg | 2009-07-16 21:30:03 | skomentuj! Za ten wpis nienawidzi mnie już (1) osób.

 

Łosoś do kanapek

Nie lubię grafomanii i zbędnego patosu.

Nie wiem dlaczego obchodzenie uroczystości 11. listopada musi koniecznie polegać na tym, że pokutuje model "Skrwawiony Sztandar Mesjasza Narodów", Komendant na Kasztance i Dzieci z Kwiatami. Można by jeszcze to zrozumieć, gdyby odzyskanie niepodległości w 1918 roku było okupione zrujnowanym krajem i potrzebą jego odbudowania, jak w 1945, kiedy kraj przechodził z jednego koszmaru w drugi. A przecież Dwudziestolecie było dla naszego kraju niczym wiatr w żagle.

Z okazji Święta Niepodległości w ramach tradycji narodowych wolałbym obejrzeć pokaz sztucznych ogni, odwiedzić sąsiadów, czy też puścić latawiec. Tradycja wcale nie musi być pełna patosu i zadęcia.

Ba, w niektórych krajach z okazji święta narodowego ludzie urządzają tradycyjne posiłki, zbierają się całymi rodzinami itp. Takie trochę świeckie Boże Narodzenie. Nawet w Belgii, gdzie podczas I Wojny Światowej działy się naprawdę paskudne rzeczy (np. w Ypres zastosowano po raz pierwszy gaz musztardowy), punktem kulminacyjnym święta jest pirotechniczny pokaz o 22.00. A przecież Belgia powinna bardziej dbać o ducha narodowego, bo w tej chwili jako państwo nie rozlatuje sie tylko dzięki patriotyzmowi i oddaniu dla króla.

Tymczasem w naszym pięknym kraju, zamiast sztucznych ogni obejrzeć mogę sobie co najwyżej jadłospis na balu u polityków (wiadomość dnia w radio: mieli łososia), a zamiast puszczania latawców - Akademie i Recytowanie, oraz Bezimiennych Bohaterów, którym Zakwitnęły.

Żeby było śmieszniej, do patosu dowalane jest mylenie okazji. W deklamowanych wierszach bez kwitnie, chociaż to listopad.

Zresztą - zdumiewająco dużo osób nie wie w ogóle co świętuje. W przeprowadzonej przeze mnie ankiecie padły odpowiedzi:

Kto idzie ze mną puszczać latawce?

by klugg | 2008-11-12 22:03:10 | skomentuj! Za ten wpis nienawidzi mnie już (3) osób.

 

trochę gouda

Przeraźliwie zimny, północny wiatr wył nad naszymi głowami i przenikał przez wilgotną odzież. Siedziałem na wąskiej ławeczce w tylnej części płaskiej łódki, próbując schować się przed wściekłymi podmuchami, podczas gdy ponury Joeri wiosłował bezszelestnie, nie spiesząc się bardziej niż uznawał za konieczne.
Na dnie łódki, pod moimi nowymi włoskimi butami chlupotała brudna woda, w którą z mizernym skutkiem starałem się nie wdepnąć. Przemoczony garnitur prawdopodobnie nadawał się do wyrzucenia, ale nie miałem już nawet siły się wściekać. Co jakiś czas tylko zginały mnie torsje, gdy w moje nozdrza wpakowywał się stęchły zapach amsterdamskiego kanału.
- 't is koud - stwierdził filozoficznie Joeri, gdy zobaczył, że przeszywa mnie dreszcz zimna. Kiwnąłem głową, starając się opanować drżenie, ale byłem u kresu sił.
- Vorst - wydusiłem z siebie. Mróz. Joeri skwitował to wzruszeniem ramion. Ramion, odzianych w wełniany sweter, który miałem ochotę mu zabrać siłą.
Wpłynęliśmy do jakiegoś tunelu i przycumowaliśmy łódkę. W ciemnościach przynajmniej nie musiałem widzieć błotnistych śladów na garniturze, który musiał już wyglądać jak ścierka.
- Wacht hier - polecił mi Joeri i skierował się w stronę jakichś wpół przegniłych drzwi. Podciągnąłem posłusznie kolana i skuliłem się w kamiennej wnęce, do której nie docierał lodowaty wiatr.
- Tin minuten! - powiedziałem. - Dziesięć minut, a potem odczepiam twój krążownik i wynoszę się najszybciej jak się da.
- Tin minuten - wzruszył ramionami i zniknął w ciemnym przejściu.
Wytrzeszczyłem oczy w mrok, próbując dojrzeć cokolwiek. Nie mogłem zapalić światła, które zdradziłoby moją obecność, mogłem tylko nasłuchiwać czy ktoś nie idzie. Nie wiedząc kiedy, zamknąłem oczy.
Obudził mnie bolesny kopniak w żebra, a na dobre otrzeźwiałem gdy moja czaszka łupnęła o ścianę.
W świetle czyjejś latarki dojrzałem skołtunione, tłuste włosy Joeriego, które opadały mu na twarz, oraz spory kawał taśmy samoprzylepnej, który zamykał mu usta.
Kolejny kopniak podciął mi nogi, gdy próbowałem wstać. Przewróciłem się z impetem, zastanawiając się z przerażeniem przez ułamek sekundy, czy wpadnę do wody. Nie wpadłem.
- Dosyć - usłyszałem znajomy głos. - Zwiąż go.
- Senator Bogdanowicz? - wycharczałem zdumiony.
Sprawy zaczęły układać się wyjątkowo źle.

by klugg | 2008-08-25 23:08:38 | skomentuj! Za ten wpis nienawidzi mnie już (0) osób.

 

Vanishing point

Jutro rano wsiadam i jadę :)
Do zobaczenia!

by klugg | 2008-07-23 23:09:48 | skomentuj! Za ten wpis nienawidzi mnie już (3) osób.